To już jest koniec
grudzień 23, 2008
Nadszedł czas na podsumowanie. Bądźmy jednak szczerzy – rachunek plusów i minusów będzie dopełniał się jeszcze przez długi, długi czas.
W trzy dni po moim przyjeździe do Polski myślę, że jestem gotów na ten ostatni wpis.
Nigdy tak na prawdę nie byłem pewien tego czy chcę znaleźć się w Wilnie – zdecydowałem się na wyjazd, bo chciałem od czegoś uciec. Sprawy jednak przybrały dość nieoczekiwany obrót i w konsekwencji to moje stypendium Erasmusa stało się dla mnie ciężarem – nie przyjemnością. Przez pierwszy okres pobytu w Wilnie żyłem w zasadzie tylko i wyłącznie powrotami do Polski. Odliczałem dni do następnego razu. W listopadzie trochę się jednak pozmieniało i chcąc nie chcąc musiałem zmienił swój stosunek do zaistniałej sytuacji. Trzeba było w końcu ruszyć dupę i starać się wykorzystać ten czas – wykorzystać w ten sposób, abym po powrocie mógł sam przed sobą powiedzieć nie zmarnowałeś tego.
Co mi zatem dał ten wyjazd? Łatwiej byłoby chyba napisać czego nie. To wcale nie znaczy, że nie jestem świadom tych negatywnych konsekwencji, które pojawiły się w związku z nim. O tym jednak później.
Zatem… takie doświadczenie wzmacnia twoją psychikę, stajesz się (przynajmniej w moim wypadku) człowiekiem silniejszym, odporniejszym. Wiesz, będąc tam jesteś skazany tylko na siebie. Oczywiście spotykasz wspaniałych ludzi, do których się przyzwyczajasz, bez których jest ci teraz smutno. Mimo wszystko ciężko oczekiwać od kogoś, kogo znasz stosunkowo krótko, aby wsłuchiwał się w twoje pieprzone problemy, aby pomagał ci w życiowych rozterkach. Nie śmiałbym prosić nawet o to. Dlatego też, pozostawiony sam sobie, bardzo powoli zaczynasz sobie radzić z problemami, które jeszcze niedawno wydawały się nie do rozwiązania. Co prawda w dalszym ciągu ich nie rozwiązujesz, a jedynie zagłuszasz, przykrywasz sprawami bieżącymi. Czekasz w nadziei na to, że za jakiś czas stracą one na znaczeniu.
A z takich bardziej przyziemnych rzeczy – pralka już cię nie przeraża, a obiad który robisz nie sprawi, że następne kilka godzin spędzisz na kiblu.
Ludzie. Będąc w Polsce w okolicach listopada Grzesiek powiedział mi bardzo ważną rzecz – zawsze należy zostawić w sobie taki obszar do którego nikt nigdy nie będzie miał dostępu. Może to trochę enigmatyczne, ale mam nadzieję, że rozumiecie o co chodzi.
Będąc tam nauczyłem się wiele o ludziach. W zasadzie to oni sami nauczyli mnie jak ich postrzegać/czytać. Część z nich mnie rozczarowała dość mocno, część zaskoczyła całkiem pozytywnie, a częścią jestem wręcz zauroczony. Osobistych wycieczek robić nie będę, bo to nie miejsce na to, ale warto było chyba wyjechać, żeby się przekonać o tym na własnej skórze.
Obce kultury. Mieszkając przez 4 miesiące (okey, to nie jest nie wiadomo ile, ale mimo wszystko kawałek czasu to jest) z ludźmi z całego świata miałem okazję przekonać się czy pewne stereotypy mają swoje odzwierciedlenie w prawdziwym życiu. Co zatem zauważono?
Otóż, za sąsiadki miałem dwie Niemki Melanie i Anke, które były kompletnym zaprzeczeniem wyrażenia ordnung must sein. Burdel w pokoju, smród, ciągłe zapychanie zlewu, nie zmywanie naczyń. Czy można chcieć czegoś więcej? Hiszpanie – non stop impreza, po angielsku nie pogadasz, bo nie rozumieją. Mimo wszystko sympatikos na maksa. Francuzi – tu sprawa jest dziwna, bo ciężko mi jednoznacznie określić jaki to naród. Mimo iż między nami relacje były bardzo w porządku, to nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że są to ignoranci, a fakt, że w dużej mierze jest to społeczeństwo imigracyjne sprawia, że Polacy znają lepiej historię ich kraju niż oni sami. Ot prosty przykład: na pytanie kiery wybuchła Rewolucja Francuska nikt nie potrafił udzielić dobrej odpowiedzi. Poznałem też specyficznego Szweda – rasistę. Polaków lubił, ale już w stosunku do innych narodowości tak fajnie nie było, a więc: Norwegowie dla niego nie istnieją, francuzami gardzi, Hiszpania i Włochy do nie południowa Europa, a północna Afryka.
Mógłbym tak pisać i pisać, a trzeba już chyba kończyć. Cieszę się, że już wróciłem chociaż bardzo tęsknie, ale to chyba jednak normalne. Z drugiej strony pobyt w Lu napawa mnie lękiem. Już niewielu z bliskich mi osób zostało w tym mieście dlatego też tak bardzo liczę na ten MOST.
Kończąc: mam nadzieję, że blog dostarczył Wam trochę rozrywki, że czytanie go było dla Was czymś fajnym. Wielu spraw w nim nie poruszyłem, o wielu zapomniałem, a jeszcze więcej zostało napisanych ale nie zamieszczonych z uwagi na przeterminowanie materiału
Cieszę się, że moglem z Wami doświadczać tych wszystkich nowych dla mnie rzeczy. Nie ukrywam, że pisanie bloga było dla mnie odskocznią od codzienności. To wielka frajda kiedy chcesz zawrzeć jakąś myśl między wierszami.
Jestem wielce zaskoczony, że odwiedzaliście go tak licznie, niejednokrotnie liczbą unikalnych IP przekraczała 150 odsłon dziennie.
Ech, trzeba być konsekwentnym i w końcu to napisać: słowo się rzekło, wraz z końcem Erasmusa, kończę pisać tego bloga, tak więc do zobaczenia na ptaszynski.worpress.com!
PS.
Kto wie, może już niedługo pojawi się ptakow….worpress.com
Odjazd
grudzień 20, 2008

Wyjeżdżam za godzinę…
W nocy się nie śpi
grudzień 17, 2008
Wczoraj było ‘śmieszno’. Cały dzień chodziłem jakiś nie bardzo. We łbie mi się kręciło, bełta bym chętnie puścił, a do tego najtrudniejszy egzamin na 15. Na chodnikach totalna szklanka, nie było chyba osoby która by nie zaliczyła gleby. Modliłem się, żeby się nie wywalić, bo z tym żebrem to bym leżał i kwiczał tylko.
Wieczorem miała być impreza. Ostatni wypad do Prospecto. Ale, że nie czułem się najlepiej postanowiłem przeleżeć w łóżku i oglądać Malcolma. Zostanie w pokoju jak się potem okazało było jedną z najlepszych decyzji jakie podjąłem w życiu. Po północy okazało się, że mam zatrucie pokarmowe i pół nocy spędziłem na kiblu. Ostatni mój wypad do zielonego pokoju uciech zanotowałem kolo 4 rano.
O 6 przyszedł najebany Beton Jacek, który musiał mnie kurwa obudzić i pierdolić jakieś farmazony. Myślicie, że metalowym pilnikiem do paznokci mógłbym go zabić?
Teraz siedzę sobie i kończę projekt na grafikę i jem sam chleb popijając herbatą, która jak dla mnie smaku żadnego to nie ma. Ale może to tylko ja tak wymyślam
Michal Żebrowski
grudzień 15, 2008
Głupia sprawa z tym złamanym żebrem. Ciężko usnąć, bo na plecach nie zasnę, a na brzuchu leżeć nie mogę. Przez pierwsze kilka dni prawie nie bolało, więc nie oszczędzałem szkieletu no i teraz wychodzi. Szalało się na parkietach, na siłownie się pojechało. Śmiać się też nie mogę, bo czuję jak mi się to żebro przemieszcza i pyka
I najgorsze jest to, że zaczął się ostatni tydzień pobytu na sybirze, a ja chodzę jak ten inwalid.
A wszystko przez to, że mi się w piłkę zachciało grać.
Tak trochę o swojej niedoli chciałem wam opowiedzieć
…bo Ala do Wilna przyjechała ;-)
grudzień 15, 2008
Flyersowo, postcardowo
grudzień 15, 2008
Ulotki z Woo klubu, co byście popatrzyli jak Litwa z grafiką stoi ![]()
1. Zwyczajna pocztówką – pocztówkę można wysłać do przyjaciela bądź wyluzowanych rodziców ![]()
2. VDFF – Vilniaus Dokumentinu Film Festivalis.
3. Przegląd filmów Hitchcock’a.
4. Sieć komórkowa.
Nic się nie dzieje ;-)
grudzień 14, 2008
Siedzę sobie popijając kawkę i próbuję wbić sobie do głowy protokół dyplomatyczny (bo egzamin we wtorek) ale ciężko idzie. Nie powiem, całkiem to ciekawe i mnóstwo informacji jest dosyć oczywistych więc uczenie się tego nie nastręcza mi zbyt wielu trudności. Mimo wszystko… taaaaak mi się nie chce.
Zaraz mi mózg eksploduje. Za drzwiami stoją Anke, Franieshka i Mariangela i od 15 minut rozmawiają o jakiejś cholernej rybie. Ja rozumiem, ryba fajna sprawa, ale ileż można.
Wczoraj podczas spaceru na Gedimino gdzieś między północą, a godziną 1 spotkałem się z tą mniej bezpieczną stroną Wilna. Otóż, jakieś chamy napieprzały innych chamów. Zaczęło się od pyskówki i niegroźnej szarpaniny, a skończyło się chwilowej utracie przytomności, kałuży krwi i spuszczonych gaciach do pół rowa. Biedną Turczynkę widok przeraził więc wyć zaczęła, a na twarzy zagościło przerażenie. Dziewczęta wpadły na pomysł co by na pogotowie zadzwonić, lecz gdy dzielni – lecz pokonani – chłopcy dowiedzieli się o tym, oprzytomnieli w mig i uciekać zaczęli. Niestety, jeden z nim nie zauważył drzewa i znowu glebę zaliczył.
Żebro boli.. aj.
Czas wynurzyć się z nory i jakieś zakupy zrobić.
Przed
grudzień 12, 2008
Mask Show – zdjęcia
grudzień 11, 2008
Impreza licha, ale przynajmniej w piłkarzyki pograłem
Gdy nie ma neta
grudzień 9, 2008
… bo to jest tak, że wśród tego całego zgiełku, tych wszystkich rzeczy, które dzieją się w około w tych ostatnich dniach mojej wileńskiej przygody przychodzi moment, w którym zawieszam się na dłuższy czas i błądzę myślami w kierunku jakiś bezsensownych spraw… zahaczam też o zdarzenia przyszłe niepewne. Skłamałbym mówiąc, że jest tu źle, skłamałbym również gdybym powiedział, że wszystko jest okey. Jakoś naplątane mam w głowie i nie bardzo wiem jak rozwiązać te supły.
Trzeba powoli zastanawiać się gdzie spędzić sylwestra. Shane, Leon i Hakim jadą do Krakowa więc może się z nimi zabiorę. Z drugiej strony państwo Banachowie kuszą Poznaniem i chyba ta propozycja jest fajniejsza
.
Przez cały dzień nie ma neta, majstry prąd robili i nie włączyli sieci. Każdy chodzi jakiś smutny, nie wie co ze sobą zrobić. W zasadzie należałoby oczekiwać od ludzi, że będą ze sobą więcej rozmawiali w takiej sytuacji. Gdzie tam, nikt się do siebie nie odzywa prawie.
Dziś chcąc zaszaleć kupiłem sobie ciasto z magicznego kącika przecenowego w Maximie. Całe 3,20. Zjadłszy obiad (mrożoną pizze kilogramową), zrobiwszy kawę (w końcu z mlekiem, a nie czarnego szatana), umywszy widelec skosztowałem litewskiego wypieku. Powiem tak: wystarczyło dołożyć jednego lita i kupić ciasto z odległą datą ważności, a nie skąpić tych pieprzonych 100 centów i spędzić sporo czasu na kiblu. Teraz piję dużo czaju.
Wracam do ruskiego, bo jutro egzamin.
10 dni.
























